Temat transplantologii nie należy raczej do tych bardziej kontrowersyjnych czy nagłaśnianych - większość ludzi podejmuje decyzję w tym zakresie w zgodzie z własnym sumieniem i moralnością. Chociaż dobrowolne dzielenie się z innymi leży w naturze wielu z nas, perspektywa oddania, częstokroć obcej osobie, czegoś tak intymnego jak jeden z wewnętrznych narządów, wydaje się być dosyć nierzeczywista.
Wyróżnić można dwie kategorie przypadków, w których organ może zostać przekazany innej osobie. Jedna z nich to śmierć dawcy, która związana może być z pobraniem wszystkich nadających się do przeszczepu części jego ciała, zmagazynowaniem ich i użyciem wtedy, kiedy okażą się potrzebne. Nie mam odpowiedniego przygotowania medycznego i ciężko mi powiedzieć, jak długo można trzymać poszczególne narządy przed przekazaniem ich potrzebującej osobie, ważny jest jednak sam fakt pozostawienia społeczeństwu swojego ciała, a przynajmniej tych jego elementów, które wciąż mogą się przydać. Każdy z nas ma w ciągu swojego życia prawo do decydowania o sobie, co uczynić jednak można z tym prawem po śmierci? Myślę, że jeśli ktoś koniecznie upiera się przy tym, by pochować go "w całości", nie można nie uszanować jego woli - niezależnie od tego, czy tak każe mu uczynić pojmowana przez niego religia (szeroko pojęte zbawienie wymaga według niektórych zachowania całego ciała), czy też makabryczna wydaje sie takiej osobie perspektywa "życia" jego narządu w ciele innego człowieka. Jeżeli jednak została wyrażona wola pośmiertnego podarowania narządów, należy traktować to jako chęć wyświadczenia ostatniej przysługi społeczeństwu. Fakt, że przekazuje się "tylko" zbędne już fragmenty samego siebie, nie umniejsza ostatecznego efektu, jakim może być uratowanie niejednego życia. Osobiście nie widzę żadnych przeciwskazań, aby w miarę możliwości pobrać po śmierci moje wciąż sprawne narządy i przeszczepić je absolutnie komukolwiek, kto będzie ich potrzebował.
Drugą, o wiele bardziej złożoną kategorią, jest pobieranie narządów od żywego dawcy. Nie chcę tutaj rozważać przypadków, w których ktoś, kto bardzo kocha potrzebującą osobę, gotów jest oddać jedyny posiadany organ i tym samym uratować kogoś, prowokując własną śmierć - uważam, że na każdy taki wypadek trzeba patrzeć z osobna, a i tak nie da się poddać sprawiedliwemu osądowi sprawie, w której jedno życie sprzedawane jest w zamian za inne. Skupię się na sytuacji, w której transplantacja wiąże się z oddaniem narządu, którego brak nie zagraża jednak życiu dawcy. Osoba decydująca się na taki krok zawsze zdaje sobie sobie sprawę z tego, że jej stan zdrowia może się pogorszyć - dawca krwi bądź szpiku może zregenerować z czasem ubytki, jednak ktoś, kto pożegnał się z jedną z nerek, musi definitywnie zmienić dietę i styl życia na zdrowszy. Niemniej jednak wielu dobrowolnie ofiarowuje część siebie, by ratować życie konkretnej osoby - kogoś, kogo darzy się na tyle silnym uczuciem, by być zdolnym do takiego poświęcenia. Czy ja byłbym zdolny do takiego poświęcenia? Nie wiem. Sądzę, że nikt z nas naprawdę nie wie. Możemy teraz, w danym, abstrakcyjnym momencie deklarować się na "tak" lub "nie", ale dopiero dramatyczna sytuacja w życiu i postawienie nas przed koniecznością wyboru sprawia, że poznajemy samego siebie. Możemy co najwyżej mieć na dzieję na to, że nigdy nie będziemy musieli dokonywać takiego wyboru, a jeśli już zajdzie taka konieczność - zdołamy właściwie ocenić, jak wiele dana osoba dla nas znaczy.
Kwestia gier RPG zaintygowała mnie kilka dni temu.
Jeśli wierzyć mamy definicji, to gry RPG powinny polegać przede wszystkim na odgrywaniu postaci. To dzięki naszym staraniom powstaje istota, której poczynaniami będziemy kierować. Warto jednak przy tym zauważyć, że postać taka nie powinna nam być obca - im więcej czasu z nią "spędzamy", tym lepiej potrafimy się z nią zżyć. Stopniowo przestajemy ją prowadzić, a zaczynamy się nią stawać. Niezależnie od tego, w jaki sposób określiliśmy na początku jej charakter, zaczyna nas ona przypominać. I właśnie tutaj leży ta magia odgrywania roli - możemy zapomnieć na moment o nas i o naszym życiu, by poczuć się przez moment kimś zupełnie innym. I nie jesteśmy tu aktorami, grającymi wedle scenariusza - mamy pełną wolność wyboru. Nie każdy z nas potrafi na codzień zatopić się w zwykłym życiu, szuka więc odmiany: inna osoba, inne miejsce, inne zdarzenia...
Jak wygląda obecny wizerunek RPGów? Mamy przede wszystkim cieszące się wielotysięczną popularnością MMORPGi. Pozwalają one wczuć się w rolę nie grupce przyjaciół prowadzonych przez mistrza gry, ale wielkiej rzeszy ludzi z całego świata. Niesamowita sprawa, ale jak ma się to do RPGów? Prowadznie sesji dla czterocyfrowej liczby graczy to nie jest zadanie dla człowieka. Rolę przejmuje komputer. A ten, ile operacji na sekundę by nie wykonał, nie jest za grosz kreatywny - nie wpadnie na fajny pomysł, może co najwyżej przekazać jednym ludziom to, co inni ludzie wymyślili. A w kontekście MMORPGów? Ukazuje nam świat wykreowany na potrzeby tysięcy, podrzuca bohaterów wykreowanych na potrzeby tysięcy, stawia przed nami zadania wykreowane na potrzeby tysięcy. Nie wiem jak wam, ale mnie zawsze męczyło to, że chcąc oderwać się od rzeczywistości, czyli tego, co robią wszyscy, włączam grę i w niej robię to, co robią wszyscy. Tworzę postać, określając jej profesję, wygląd, okazjonalnie rasę, daję jej początkowy ekwipunek. Jakąkolwiek biografię czy inną historię mogę sobie napisać i schować do szuflady, bo komputer ma ją gdzieś. I tak nie przeżyję niczego ekscytującego.
Gram, sobie, gram, patrzę na ekran, i co widzę, jeśli spróbuję zajrzeć pod warstwę grafiki? Oto MossGrande - profesja nr 3, fryzura nr 10, miecz nr 13 i - oho! - rzadki pancerz nr 63! Mało kto grając zdobył ten właśnie numerek! W tym miejscu nachodzi mnie refleksja. Jaką postać odegrałem? Chodziłem sobie po całym świecie (odpowiednio ograniczonym oczywiście) i biłem potworki, które się napatoczyły. Rutynowo, bez żadnej finezji - chodziły sobie losowo po polance albo po kanałach i ginęły. Ten potworek nr 13000 zareagował na mój widok i zginął zupełnie jak 12999 poprzednich. Nikomu go nie żal - był tylko cyferką, zresztą za chwilę następna weźmie się z powietrza. Nawet fajnie, że padł, bo rozwalając tę cyferkę wpłynąłem na kilka innych: zmienił się numerek oznaczający poziom, a i liczba oznaczająca ilość złota w sakiewce urosła. No, ale to był mój 13000 potworek i dość mam już na dzisiaj. Pójdę do miasta, by zredukować liczbę złota celem poprawy liczby ataku, po czym usiądę na środku rynku, aby gracze mogli podziwiać, ileż to godzin musiałem grać, aby mieć tą unikalną zbroję. Mogę jeszcze porozmawiać z rozstawionymi tu i ówdzie bohaterami niezależnymi, jednak ci, obojętnie co powiem, z anielską cierpliwością powtórzą poraz setny tą samą kwestię. Głupi są? Nieeeee. Żywi gracze dysponują jeszcze mniejszym zasobem słów, których i tak będą używali do rozmawiania o swoich numerkach.
I to by było wszystko. Egzystencja postaci będącej moim alter ego ogranicza się do rutynowego zabijania czegokolwiek, co ma niższy numerek i unikania tego, co ma wyższy. Nie chciałbym narzekać, ale w przyrodzie życie na identycznym poziomie wiodą mikroorganizmy, pożerające cokolwiek co się w nich zmieści i rosnące, by samemu nie zmieścić się w większych żyjątkach. To jest to oderwanie się od codzienności? Siedząc przez 5 godzin i tępo patrząc na ekran telewizora wyciągnę więcej atrakcji, bo tam się chociaż coś zmienia. Zaś rozwiązanie krzyżówki? To już niemal intelektualny orgazm!
OK, możecie mi zarzucić, że jestem stronniczy i że się komputera czepiam, a są inne rodzaje RPGów. Rzecz w tym, że wielu graczy, po uświadomieniu ich, że w gry fabularne można też grać na żywo, zdziwi się, "że to się da". Nawet nie ma sensu im dalej tłumaczyć - nie zrozumieją, że da się wywalić te numerki i oprzeć Role Playa na innej zasadzie. Nie zapraszaj ich na sesje, będą cię męczyć o dodatkowe punkty doświadczenia i złota, a ich postać okaże się pozbawioną charakteru maszynką do zabijania. Albo nie, zaproś ich - raz przyjdą i sobie pójdą, bo im się znudzi. Po co mają tu siedzieć, marnować czas i słuchać jak się mistrz gry produkuje, skoro i tak dostaną mało numerków? Na komputerze jest ich więcej! No i tam widać co się dzieje, nie trzeba męczyć mózgu wyobrażaniem sobie niestworzonych rzeczy.
Jakoś tak się przyjęło, że w sferze gier komputerowych RPGami nazywamy obecnie nie gry próbujące w istocie dać nam możliwość wcielenia się w postać, ale gry pełne numerków - im ich więcej, tym bardziej taka gra jest "złożona". A ja powiem szczerze, że RPGiem nazwałbym właśnie każdą grę, która pozwoliła mi się nie tylko wcielić w jakąś postać, ale też z nią utożsamić, nawet jeśli była to postać ograniczona brakiem wyboru z mojej strony. Grając w Serious Sama czułem sympatię do głównego bohatera, który był gościem z charakterem. Grając w Ragnarok Online nie czuję do mojej postaci nic, chociaż sam ją ubrałem, uczesałem i uzbroiłem. Czyżby definicja RPGa mocno nam się przesunęła?
Wrócę do RPGów na żywo. Myślę, że każdy się zgodzi, iż systemem najbardziej hucznym i znanym na calym świecie jest stare i ciągle rozwijające się Dungeons & Dragons. Nie dalej jak przedwczoraj miałem okazję uczestniczyć w pierwszej sesji tego właśnie świata w moim życiu. Przede mną wylądowała względnie czysta karta postaci. Niepokój wzbudziła natychmiast bardzo duża ilość ramek opatrzonych jeszcze nieznanymi dla mnie skrótami. Te ramki były tak skomponowane, żeby można było wpisać do nich dużo cyferek. Odwróciłem kartę i z drugiej strony to samo. No nic, biorę się do wypełniania.
Rasa, klasa, charakter, wyznanie, profesja, te rzeczy. Próbuję zbudować kogoś, kto będzie mi odpowiadał. Ale tu nagle słyszę, że tak być nie może. "nie bierz krasnoluda, on nie ma bonusowych numerków do tego i tamtego. Weź elfa, o, i koniecznie bądź magiem, najlepiej zaklinaczem, przydasz się drużynie". Dobra, nie wiem kim jest tutaj mag zaklinacz, i nie lubię elfów, ale się poświęcę, grać mogę kogokolwiek. Wymazuję wpisane przez kogoś numerki (totalnie nie trawię wielokrotnego używania karty postaci przez następujących po sobie graczy. Przecież to niemal dowód osobisty, reprezentujący moje drugie ja!) i wpisuję własne. O, w drugiej linijce mogę podać wiek, wagę, kolor oczu i inne takie. Ciekawi mnie tylko fakt, że te pola są wyraźnie puste. Nikt nie uznał nigdy za słuszne ich wypełnić. No to raz dwa, obraz mojego elfa w mojej głowie i gotowe. Inna sprawa, że nikt nie zagląda przez ramię kolegom siędzącym obok, aby dowiedzieć się, kim kto jest. Na tablicy pojawiają się tylko suche fakty o naszych postaciach. Nikt nie raczył zapytać nas nawet o imiona naszych bohaterów.
Czas na dystrybucję ekwipunku i innych tego typu rzeczy. Moja karta postaci znika w rękach jakiegoś doświadczonego mistrza gry. Nieśmiało proszę o podręcznik do systemu, aby zobaczyć, jakie mam możliwości wyboru. Podręcznika nie dostaję, do moich rąk powraca natomiast kompletnie wypełniona karta. W różnych okienkach pojawiły się nowe numerki, ale dalej nie wiem, co one oznaczają, więc pytam.
- "Daj spokój, w czasie gry się połapiesz. Będziemy ci mówili, co masz robić."
Wprost o tym marzę, to będzie prawdziwe odgrywanie mojej postaci. "A gdzie miejsce na biografię mojego bohatera?" - pytam.
- "No co ty, nie potrzeba, tu nikt nie myśli o czymś takim."
I tak dalej. Sesja ruszyła, niestety zasłuchałem się i nie zauważyłem nawet, jak mistrz gry odpuścił narrację i zaczął prowadzić nasze postacie za rączki. Zanim się zorientowałem, byłem już daleko od tawerny, stałem natomiast pod jakimiś ruinami, do których mieliśmy po coś wejść. Kilku graczy zaczęło buczeć, że nie mamy eliksirów leczących. Usłużny mistrz podstawił nam gnoma z wozem pełnym sprzętu. Karzełek prowadził handel obnośny i nie wiedzieć czemu przejeżdżał przez środek wyludnionego lasu koło miejsca, w którym wczoraj stoczono regularną bitwę (moje wcześniejsze wysiłki wynikające z próby dowiedzenia się, o jaką bitwę chodzi, sczezły na niczym - "tego pytania nie ma w scenariuszu"). Kiedy gracze wybulili już okrągłe sumki za jakieś małe flaszeczki i nadeszła moja kolej, zadeklarowałem chęć przepędzenia gnoma i przejęcia jego ładunku. Jakby nie było, nas stało tam pięciu silnych i bezwzględnych rębajłów, a on był sam jeden, mały, słaby i bez broni. W oczach moich kolegów z drużyny pojawił się dziwny błysk - chyba grając już wiele sesji zapomnieli, co to znaczy podjąć samodzielny wybór. Mistrz gry powiedział mi natomiast, że nie mogę tego zrobić, bowiem zepsuję mu sesję. Odłożyłem kartę i ze słowami "zaraz wracam" wyszedłem. I już nie wróciłem.
Jakim cudem taką popularnością cieszy się gra, która jest papierowym MMORPGiem? Codzienne życie mnie nudzi, więc gram na komputerze w robienie numerków. Odchodzę od komputera by od nich odpocząć i dla relaksu gram w RPG na żywo, aby móc robić jeszcze więcej numerków. Czy nie istnieją dzisiaj żadne metody, aby zagrać w RPGa? (Podkreślam: gra polegajaca na odgrywaniu roli!). Na szczęście coś się znajdzie. Niektórzy mistrzowie przygotowują sesję dopiero po tym, jak otrzymają od graczy karty postaci ich bohaterów. Tworzą wydarzenia dla nich, by sprawić im frajdę z gry, a nie aby zrealizować scenariusz. Improwizują, koloryzują i ogólnie mówiąc, mają gadane. Tego samego dnia grałem inną sesję. Tam wiedziałem, kim jestem. Kiedy byłem przesłuchiwany i mówiłem ustami mojej postaci, w oczach mistrza gry odczytać mogłem czystą skierowaną do mnie nienawiść, tylko dlatego, że jego postać miała na pieńku z moją. I odpłacałem mu tym samym, bowiem ciężki klimat pomógł nam zapomnieć o granicy między grą a światem rzeczywistym. Po sesji odetchnęliśmy z ulgą i wróciliśmy do normalności, chociaż pół minuty temu połowa graczy z niemal nieudawaną agresją "zastrzeliła" lub "zadźgała" drugą połowę. To była świetna zabawa - prawdziwe granie roli.
PS podkreślam, że jestem w gruncie rzeczy RPGownym laikiem. Mój brak doświadczenia i ignorancja jest wciąż na tyle duża, że na istniejący świat gier fabularnych patrzę wciąż z boku, okiem nie do końca wkręconej osoby. Za wszelkie błędy i literówki bardzo przepraszam. Jest ich sporo i nie jestem w stanie ich teraz poprawić. Godzina dodania notki jest dostatecznym powodem. Całą tą tyradę dedykuję człowiekowi, który uważa, że moje spojrzenie na świat jest wciąż zbyt optymistyczne i nie zawiera dostatecznej ironii, cynizmu i sarkazmu. Ale jestem młodym Polakiem, więc sztuki narzekania będę się mógł uczyć jeszcze rzez całe życie.
Pierwsza notatka posiadająca temat. Po długim czasie od założenia, ale jak dotąd każdy temat mi uciekał zanim usiadłem do kompa.
Dziś wieczorem poraz któryś już z rzędu obejrzałem ekranizację "Władcy Pierścieni". Wywiązała się między mną a moimi rodzicami całkiem pasjonująca (mnie) dyskusja. Poszło oczywiście o sens tworzenia takowych ekranizacji i o to, jak daleko reżyser może wypaczyć pierwotną ideę oryginału, nazywając to "własną interpretacją tematu".
Po pierwsze, należy zauważyć, że "Władca Pierścieni" jako film skierowany jest do bardzo szerokiej grupy społecznej - można wręcz powiedzieć, że do wszystkich ludzi, jacy zdołają go obejrzeć. Nie widzę w tym absolutnie żadnego powodu do krytyki - żałośni są ludzie zaliczający się do elity dlatego tylko, iż unikają kontaktu z masową, popularną kulturą. Starać się dotrzeć do wszystkich - to nic złego, jeśli sam przekaz zły nie jest. Boli mnie jednak to, że reżyser, tworząc jakąkolwiek ekranizację często zapomina o zachowaniu szacunku dla fanów oryginału. Warto zauważyć tutaj, iż "Władca Pierścieni" jako książka znany był wcześniej raczej wąskiej grupie pasjonatów, zainteresowanych powstaniem kanonu fantasy. Odpowiednia kampania reklamowa pomogła niewątpliwie zdobyć rozgłos, jaki należy się twórczości Tolkiena. Czy możemy jednak mówić o tym, że wypromowano zaiste coś poza samym filmem? Niejedna osoba (między innymi ja) sięgnęła po książkę zaintrygowana jedynie kasowym sukcesem, zazwyczaj mile się zaskakując. Niestety, niejedna oznacza też nieliczna. Trzy grube tomy mogą odstraszyć samym wyglądem - dla wielu czytanie to po prostu tortura.
Kalkulując na zimno, żadna książka nie posiada zalet, których nie posiada film. Osoby nie lubiące czytać (wymawianie się brakiem czasu bądź obietnicami "kiedyś to przeczytam" jest głupie - nie lubicie czytać i już, jakbyście lubili, czas by się zawsze znalazł) zauważą też - i słusznie - że książka nie posiada obrazu ani dźwięku. Co sprawia to, że mogę to potraktować jako zaletę?
Brak obrazu i dźwięku książka nadrobi zawsze czym innym - posiada styl i klimat. Tych dwóch rzeczy nie można oddać żadnymi ujęciami kamery, efektami specjalnymi, grą aktorską. Dlaczego? Twórca książki używa swoich słów, aby jak najlepiej oddać to, co ma w głowie, co chce nam przekazać. Reżyser może być totalnym ignorantem, może też być ambitnym fanem, ale tą samą historię opowie nam już nie słowami pierwotnego autora, lecz własnymi - to będzie jego interpretacja. Książkę i film spaja na ogół tylko fabuła - a i tak może być nielicho naruszona bądź przerobiona "na potrzeby". Kiedy wnikliwy czytelnik zagłębia się w dzieło pisane, raduje go brak obrazu i dźwięku - będzie je tworzył sam, na bazie pierwszych wizji, jakie pojawią się w jego głowie. Po zakończeniu lektury czujemy się w pewien sposób dumni - do samego końca udźwignęliśmy trud "reżyserowania" akcji, nadając światu odpowiednie krajobrazy, a bohaterom odpowiedni wygląd. Czy ktokolwiek z nas potrafi przyznać, że po przeczytaniu książki, a następnie obejrzeniu filmu (koniecznie w tej kolejności, bowiem film "sugeruje" nam książkę) adaptacja okazała się lepsza od oryginału? Nie, bowiem reżyser wszystko pomieszał i zrobił to po swojemu, a nasza wizja byłaby o wiele lepsza - dla nas, oczywiście. Niemożliwym jest, by ktoś lepiej od nas wiedział, co siedzi nam w głowie.
Było o klimacie, teraz coś o stylu. Każdy autor jakoś tam pisze, oczywiście. To, co zostanie stworzone, opiera się na wielu czynnikach - jego zasób słów, przesłanie i charakter odciskają ślad na jego dziele. Może to nas nudzić, bawić, wciągać - kwestia tego, czego oczekujemy. To, co jest tu ważne, to absolutna niemożliwość oddania stylu w filmie. Jakie ujęcie może nam przywieźć na myśl narrację? Który aktor położy w dialogu akcent dokładnie tam, gdzie (według nas) trzeba? Klimat może odzwierciedlać obraz i dźwięk, stylu nie da się pokazać i już. Spójrzmy na naszego serialowego "Wiedźmina". Reżyser stanął przed trudnym zadaniem - Andrzej Sapkowski ma tak specyficzny sposób narracji, tworzenia opisów, że w kadrze się tego po prostu oddać nie da. Co zrobił więc twórca filmu? Poszedł po najniższej linii oporu -wziął suchą fabułę, "ulepszył" ją swoimi pomysłami i stworzył taki film, jakby "Wiedźmin" w wersji papierowej nigdy nie istniał. Jak dla mnie, jest to zwykłe niezrozumienie, a nawet brak jakiejkolwiek próby zrozumienia tematu. Należy dobierać odpowiednich ludzi do odpowiedniej pracy, nie zaś gonić za kasowym sukcesem. Nieco bardziej chlubnym przykładem może być np. ekranizacja "Silent Hilla" - gry, więc to trochę inna bajka, ale tutaj jako dzieło się przyda. Tam bowiem reżyser był fanem serii, który wręcz wyżebrał od twórców gry prawa do zrobienia filmu. Dzieło to zostało chłodno przyjęte przez publikę - ludzie nie obyci z tematem nie zrozumieli na ogół przekazu - jak i przez fanów Cichego Wzgórza - niewielu spodobała się interpretacja. Ale, widać tutaj szczere zaangażowanie, pasję twórczą, zainteresowanie tematem - to pozostawia zupełnie inny, pozytywny obraz całości.
Odszedłem dosyć mocno od wątku, więc zakończę. Czytanie jest czynnością wymagającą skupienia. Jeśli jestem zmuszony coś czytać, nie czytam, lecz pozyskuję informacje drogą oglądania tekstu - a to suchy i sterylny proces. Jeśli czytam coś z własnej woli, angażuję się w zupełnie inny sposób. Kocham książkę za miejsca, za bohaterów, za sytuacje, które napełniły moją głowę - i za satysfakcję, że to wszystko moje.
PS z góry zaznaczam, że moją intencją nie jest obrażanie osób nie przepadających za czytaniem. Nie sugeruję i nie mam zamiaru w żaden sposób sugerować, że są one jakkolwiek ograniczone bądź pozbawione inteligencji i wiedzy. Pamiętajcie tylko, że czytanie rozwija myślenie - jest to czynność. Oglądanie to tylko przyjmowanie informacji bez wysiłku z własnej strony - należy do bierności. Co kształtuje lepiej wyobraźnię i światopogląd?
PS 2 nie miałem też zamiaru najeżdżać ani na ekranizacje, ani na filmy ogólnie - to jest dla reżyserów znakomity sposób, by przekazywać ludziom swoje pomysły w sposób jeszcze bardziej wyrachowany - niejeden film udowodnił już nam, że narzucenie obrazu i dźwięku może posłużyć do wykreowania dzieła wartego przemyśleń, interpretacji. Będzie to jednak myślenie innego kalibru - widz dostaje audiowizualną zagadkę, którą może po swojemu rozplątać.
Pozdrawiam kogokolwiek, kto to czyta i uczciwie dotarł aż dotąd.
Witam.
Bloga zakładam dzisiaj po dłuższym zastanowieniu. Prowadził go będę w sposób całkowicie nieregularny, zaś notki w niewielkim stopniu dotyczyły będą mojej osoby. Moim faktycznym celem jest po prostu: po pierwsze, popisać dla samej wprawy pisania i doskonalenia stylu; po drugie, wyrzucić z siebie te opinie, które we mnie siedzą. To, co będę robił, postaram się utrzymać w tonacji felietonów. Nie będzie tutaj żadnych graficznych fajerwerków, tylko suchy tekst. Można by powiedzieć, że powinienem pisać zatem raczej "do szuflady", ale wtedy gnębiło by mnie to, że nikt nawet przypadkiem tego nie przeczyta. Tyle na początek; lada chwila napiszę coś na pierwszy temat, który przykuje moją uwagę.
Póki co, nikogo nie pozdrawiam.